lossy_page1_240px_Czeslaw_MIlosz_2_ap

 

A Allen Ginsberg

 

 

Allen, mon cher, mon grand poète d’un siècle meurtrier,

toi qui t’obstinant dans ta folie

es arrivé à la sagesse.


Je t’avoue que ma vie n’a pas été telle que je l’aurais souhaitée.

 

Et maintenant qu’elle est passée, elle reste là comme un pneu inutile au bord de

la route.

 

Elle était comme la vie de millions d’hommes, contre laquelle

tu te révoltais au nom de la poésie et de Dieu tout-puissant.

 

Soumise aux bonnes mœurs, avec la conscience que ces mœurs sont absurdes,

soumise à la nécessité de nous lever  tous les matins et d’aller au travail.

 

Avec des désirs non réalisés, et même avec l’envie non réalisée

de crier et de nous taper la tête contre les murs, avec cette interdiction qu’on se

     répète à soi-même : Défendu ».

 

Défendu de laisser passer les choses, de se permettre de ne rien faire,

de méditer sur sa douleur, défendu de chercher de l’aide

à l’hôpital ou chez le psychiatre.

 

Défendu à cause du devoir, mais aussi à cause

de la peur devant les forces qui, dès qu’on les relâche, font apparaître notre

     bouffonnerie

 

Et j’ai vécu dans l’Amérique du Moloch, cheveux courts et rasé,

nouant mes cravates, buvant du bourbon devant la télé tous les soirs.

 

Les nains diaboliques des désirs faisaient en moi des culbutes, j’en étais

conscient et je haussais les épaules : cela passera

avec la vie.

 

La crainte m’épiait de tout près, je devais faire comme si

elle n’avait jamais été là et qu’une normalité bénie

me reliait aux autres.

 

Telle peut être aussi l’école des visions, sans drogue

et sans l’oreille coupée de Van Gogh et sans la fraternité des meilleurs

esprits derrière les grillages des hôpitaux.

 J’étais un instrument, j’écoutais, en pêchant les voix

 

dans le chœur balbutiant, en les traduisant en phrases claires,

avec des virgules et un point.

 

Je t’envie pour le courage de la provocation absolue, des paroles

 ardentes, de la malédiction haineuse du prophète.

 

 Les sourires honteux des humoristes sont conservés dans les musées

et ne sont pas du grand art, mais le souvenir d’un manque de foi.

 

Pendant ce temps-là, ton cri blasphématoire continue à retentir

dans le désert de néons, là où erre la tribu humaine

condamnée à l’irréalité.

 

Walt Whitman écoute et dit : Oui, c’est ainsi qu’il faut agir,

pour amener le corps des hommes et des femmes là où

tout est accomplissement et où ils vont vivre désormais dans chaque

métamorphose de l’instant.

 

Et tes banalités journalistiques, ta barbe et tes perles

et le costume du révolté de cette époque seront pardonnés.

 

Car nous ne cherchons pas ce qui est parfait, nous cherchons

ce qui reste d’une tension continue.

 

En nous rappelant l’importance d’un hasard heureux, d’une rencontre fortuite

de mots et de circonstances, du matin avec des nuages qui apparaissent ensuite

comme inévitables.

 

Je ne te demande pas une œuvre monumentale qui serait

comme une cathédrale médiévale au-dessus d’ une plaine française.

 

Moi-même je l’espérais, et je me suis donné de la peine en sachant plus ou

     moins

pourtant que ce qui est extraordinaire  devient en général ordinaire avec le

     temps.

 

Et que dans le mélange planétaire des confessions et des langues, nous ne

     sommes

pas plus que les inventeurs du rouet

ou du transistor.

 

Accepte cet hommage de ma part, moi qui ai été si différent mais aussi dans le

     même service inconnu.

 

Que l’on présentera seulement, à défaut de mieux, comme l’activité consistant

     à écrire des poèmes.

 

Traduit du polonais par Jacques Donguy et Michel Małowski

in, « Revue Europe, N° 902-903, Juin-Juillet 2004 »

Du même auteur :

Dante (18/12/2015)

CELA / TO (18/12/2016)

Sur la plage (18/12/2017)

 

 Do Allena Ginsberga



"Allen, dobry człowieku, wielki poeto morderczego stulecia

ty, który upierając się w szaleństwie doszedłeś do mądrości.

Tobie wyznaję, moje życie nie było takie, jak bym chciał.

I teraz minęło, leży jak niepotrzebna opona na skraju

drogi.

Było takie jak życie milionów, przeciwko któremu buntowałeś

się w imię poezji i wszechobecnego Boga.

Poddane obyczajom, z wiedzą, że są absurdalne, i konieczności,

która zrywa co ranka i każe jechać do pracy.

Z niespełnionymi pragnieniami, nawet z niespełnioną chęcią

krzyku i bicia głową o ścianę, z powtarzanym sobie zakazem

"Nie wolno"

Nie wolno pobłażać sobie, pozwalać na nic-nierobienie

rozmyślać o swoim bólu, nie wolno szukać pomocy w szpitalu

i u psychiatry.

Nie wolno dlatego, że obowiązek, ale także dlatego, że strach

przed siłami, którym tylko popuścić, a pokaże się nasze

błazeństwo.

I żyłem w Ameryce Molocha, krótkowłosy i ogolony, wiążąc

krawaty, pijąc bourbon przed telewizją co wieczór.

Diabelskie karły pożądań koziołkowały we mnie, byłem ich

świadomy i wzruszałem ramionami : Razem z życiem to minie.

Trwoga skradała się tuz tuż, musiałem udawać, że nigdy jej

nie ma i że z innymi łączy błogosławiona normalność.

Taka też może być szkoła wizji, bez narkotyków i odciętego

ucha Van Gogha i braterstwa najlepszych umysłów za kratkami

szpitali.

Byłem instrumentem, słuchałem, wyławiając głosy

z bełkotliwego chóru, tłumacząc na zdania jasne, z przecinkami

i kropką.

Zazdroszczę tobie odwagi absolutnego wyzwania, słów

gorejących, zaciekłej klątwy proroka.

Wstydliwe uśmiechy ironistów zachowano w muzeach i nie są

wielką sztuką, ale pamiątką niewiary.

Podczas kiedy twój wrzask bluźnierczy dalej rozlega się

w neonowej pustyni, po której błądzi ludzkie plemię skazane

na nierzeczywistość.

Walt Whitman słucha i mówi : Tak, tak właśnie trzeba, żeby

ciała mężczyzn i kobiet zaprowadzić tam, gdzie wszystko jest

spełnieniem i gdzie żyć odtąd będą w każdej przemienionej chwili.

I twoje dziennikarskie banały, twoja broda i paciorki i strój

buntownika tamtej epoki zostają wybaczone.

Albowiem nie szukamy tego co doskonałe, szukamy tego,

co zostaje z nieustannego dążenia.

Pamiętając, ile znaczy traf szczęśliwy, zbieg słów i okoliczności,

ranek z obłokami, który później wyda się nieuchronny.

Nie żądam od ciebie monumentalnego dzieła, które byłoby

jak średniowieczna katedra nad francuską równiną.

Sam miałem taka nadzieję i trudziłem się, już jednak na wpół

Wiedząc, że niezwykłe zmienia się w powszednie.

I w planetarnej mieszaninie wyznań i języków jesteśmy nie

bardziej pamiętani niż wynalazcy kołowrotka albo tranzystora.

Przyjmij ten hołd ode mnie, który byłem taki inny, ale tej samej

służbie nienazwanej.

W braku lepszych określeń podając ją jedynie za czynność

pisania wierszy."

 

Poème précédent en polonais :

WisławaSzymborska : Impressions théâtrales / Wrażenia z teatru (12/06/2018)